15 Cze

Czy żelazny elektorat Prezydenta Andrzeja Dudy potrzebuje wsparcia?

Niedawno deklarowałem, że jestem „Zakutą Pałą” – jestem wyborcą z zasadami. zobacz felieton =>

Prezydent Duda fot. internet

Tak, jestem zwolennikiem dalszego ciągu prezydentury Pana Andrzeja Dudy. Usłyszałem, że bezsensowne jest takie pisanie, które służy przekonywaniu przekonanych. Przecież z oferty portalu Solidarni 2010 korzystają jedynie osoby o poglądach państwowo-twórczych, opierających się na tradycyjnych wartościach, którymi są Bóg-Honor-Ojczyzna.

Dzisiejsze pisanie jest dowodem, że mnie nie przekonano, iż moja aktywność publicystyczna jest bezsensowna. Uwzględniając fakt, że piszę do czytelników ze zwartej wyspy archipelagu polskości, pragnę opowiedzieć o epizodzie ożywiającym moje doświadczeniu miłości ojczyzny.

Był późny wieczór, a właściwie noc. Godz. 23:00. Słyszę coraz silniejszy wiatr i coraz głośniejsze walenie spadających na dach strumieni wody. Tknęła mnie myśl, że dokonuje się za sprawą mego lenistwa potężne marnotrawienie wody. Zerwałem się z pościeli. Wdziałem na nogi kalosze. Głowę oraz barki osłoniłem kurtką. Latarka w dłoń i poprzez ścianę wody dotarłem do garażu, aby zabrać 100 litrową pustą beczkę. Z rynny spływały obficie strumienie a woda przelewała się ponad brzegi stojącej pod rynną 50 litrowej beczki. Stanąłem przed zadaniem niewykonalnym. Mam 70 lat i osłabione ciało a trzeba podnieść owe 50 litrów w beczce i przesunąć ją, aby podstawić przyniesiony pojemnik 100 litrowy. Wytężyłem barki, ramiona, plecy. Szarpnąłem. Zimna woda chlusnęła z beczki na moje portki, gacie, na moje golenie, w kalosze. Przesunąłem. Wsunąłem pod rynnę 100 litrową beczkę.

Pewnie dziwicie się Państwo, dlaczego o tym drobnym fakcie piszę. Otóż wszystko co najważniejsze rozegrało się w mej głowie i sercu. Dyszałem zmęczony i zmoczony. Po twarzy ciągle spływała woda. W głowie mojej było pełno światła, jakiejś radosnej radości. Rozpierała mnie duma. Przez chwilę poczułem się jak żeglarz, który wśród burzy wykonał skuteczny manewr i uratował łódź. Cały mokry, wszedłem pod dach werandy. Myślałem: „Polsce grozi susza. Apele o oszczędzanie wody zachęcały do troski o nasze ojczyste zasoby wodne. Oto przemagając niewygodę uczyniłem coś na rzecz naszej wspólnej, polskiej sprawy. Mniejsza o zmęczenie. Mniejsza o zmoczenie. Gacie wyschną. Odpocznę.”

Trwałem przez chwilę w jakimś amoku, uniesieniu. Po raz pierwszy tak zdecydowanie, bez kalkulacji, wykonałem serię działań, których wcześniej nie robiłem – komu woda deszczowa potrzebna? Doświadczyłem, jak ten minimalny gest troski o Polskę, wbrew okolicznościom zewnętrznym – przyniósł mi poczucie uczestnictwa w czymś dobrym. I pięknym. Nie bez znaczenia był fakt, że nikt mego wysiłku nie widział. Nikt nie powiedział mi dobrego słowa. Nikt mi nie podziękował. Nikt mnie nie oklaskiwał. Zrobiłem tak, ponieważ chciałem. Nie dla poklasku. Czułem, że moja dynamika ożywiła mnie. Mój wysiłek dał mi satysfakcję.

Rano żona porozwieszała mokrą odzież na werandzie.

Promienie słoneczne z trudem przebijały się przez poranne mgły. Pod wieczór dostrzegłem, że sąsiedzi podłożyli pod rynnę ściekowa swego domu pustą beczkę.

Jerzy Binkowski