GŁOSY Z PUSTYNI

GŁOSY Z PUSTYNI

ISBN: 83-900512-1-4
Wydawca: Wojewódzki Ośrodek Animacji Kultury, Białystok 1993
Zobacz wersję elektroniczną PDF =>

Joanna Kulmowa o tomiku:

Dziękuję serdecznie za śliczny tomik, który bardzo mi przypadł do gustu, jako że odświeża smak tak niedawno skosztowanej Palestyny. A które wiersze najbardziej mi się podobają? Oczywiście XI i XVIII, bo zaspakajają moje wieczne dążenie do puenty (...) zazdroszczę Panu tych podróży po antyku, wymagają zresztą niemałej erudycji (...) Brawo ten Pan!

Strumiany 16 luty 1993 r.             Joanna Kulmowa

 

Zobacz wywiad z J.B. Iwony W.-Szczepaniak w Biał. Infor. Kult. rok 2004 "Iść obok i po swojemu" =>

Zobacz wywiad z J.B. Barbary Noworolskiej w Biał. Infor. Kult. "Głosy rzeki czasu" =>

Zobacz wywiad z J.B. Jerzego Nachiło w Kurierze Porannym 7-9.08.1992 r. "Drabina do nieba" =>

 

WSTĘP

I teraz po latach potok - komediant wypływa
drąży przez wieki opowieść jak we śnie

nie powie słowa o magicznej mocy przypadków
wargami smakował będzie świeżość wyssaną ze źródła

bo mąż roztropny kamienie w ustach skruszy
a ciemności na plecy wpełznąć nie pozwoli

więc oczy przymruża
stopy drżące stawia

nie - iżby skorpion przyczajony czeka
to nieba odblask poraził człowieka

I

Przystań uspokajała jeszcze rozdygotane burty
jeszcze jego ręce drżały
jeszcze słyszał wyślizgany zgrzyt sworznia
przy każdym ruchu wiosła
jak dręczy go i oszołamia
podczas snu w wilgotnej tunice
na dnie okrętu

A jednak przeprawił się
na wyśniony drugi brzeg
więc dumny zachwalał towar
przechodniom w prowincji u ujścia Lebdy
choć źrenice rozwierały się zdziwione
że błyszczące w słońcu szkiełka
wyżej wyceniano na targu niż ryby

II

Woda spływała z płaskowyżu gwałtownie
drążąc głęboko ziemię jak nóż
kiedy liczy żebra baranka

Leniwy u podnóża nurt zapraszał ptaki
zmęczone wędrówką z krain północy
tu mogły wreszcie zaspokoić głód
wydziobując oczy zbłąkanym żółwiom

Słodycz wody przyciągała i człowieka
jego porażoną na pergamin twarz żylastą
przy podziale skamielin w bryły
na dom piekarnię szkołę cyrk teatr i przystań

Coraz skuteczniejsza obrona przed szakalami
rodziła nadzieję
i miasto rosło

III

Ukochanie od wieków
ze szczególnym upodobaniem przychodziło ciemną nocą
jego twarde dłonie
podczas dnia nużane w specjalnie nawilżonej ziemi
w poszukiwaniu
miejsca odpowiedniego na korzonki pszenicy i prosa
później oblizywane
przez spragnione a pogodnie brykające jagnięta
teraz odpoczywały
na jej delikatnie puszystych piersiach
nasączonych
tkliwie i słonecznie niby dojrzały owoc granatu
z którego wysupła on
ziarenka ożywczym sokiem spływające
kropelka po kropelce
po jej tak przychylnym łonie
i jeszcze
trzymając razem uchwyty amfory
pełnej słodkiego wina z daktyli
oraz masy figowej z cytryną
przesuwali na przemian
do wąskiej szyjki nienasycone usta
aby spijać nektar
cudownych owoców ziemi i trudu rąk własnych

IV

Pustynia niekiedy przypomina złoto
gorąca w słońcu równie chłodna nocą

nucąc podług melodii zasłyszanej w teatrze
rzucił okiem na coraz wyżej unoszone mury świątyni

co bogini ogniska domowego skrywa
w równym oddech ciężarnej piersi i brzucha

syna - który podejmie pług i miecz
córkę - która będzie radością jego zmierzchów

czy wędrować do wyroczni na półwyspie w Cyrenie
jak bogom oddać na powietrze ogień wodę ziemię

V

Docierając do bazaltowego brzegu cypla
fale jakby wstrzymywały swój bieg i siłę
a było to miejsce najwyższe w okolicy
więc zdawało się miejscem styku nieba i ziemi

Radosny błysk iskrzył w oczach przechodniów
gdy spoglądali na młodego mężczyzną
Heliosa ich miasta silnego smukłego i wyniosłego
jak szedł z wiązką szlachetnego drewna na plecach

Lubił podkładać drwa dolewać oliwy i soli szczyptę wrzucać
szczególnie kiedy mógł spalać szczapy cedru i cyprysu
oprócz światła tryskał wtedy zapach kobiecego wdzięku
i kamienna latarnia stawała się prawdziwym domem

Góra rozświetlająca mrok świętym płomieniem
i on - symbol czuwania troski wiary i nadziei
tych co napadani nocną obawą złych snów sprawdzali
czy światło na górze chroni ich jeszcze
przed mocami ciemności
a tym na morzu
przesyła znak wybawienia
wśród bezdroża

VI

Lekko ponad śpiew sen i oddech
unosił w dłoniach pył i popiół
jakby osłaniał ciepłą kruchą tkankę
gdzie tli się i tętni życie i śmierć

Kiedy do kresu swego zbliżała się noc
wynosił popiół ogniska i lampy oliwnej
na skraj przepastny
MARE INTERNUM

I jak ptak z sercem gorącym
złotą woalką otulone
porannym wiatrem wyrzeźbione
wstawało słońce

I trwało w nim owo budzenie do życia
słońca ptaka leniwej fali i myśli
i trawło w nim o brzasku drżenie
na twarzy igrające porannym półcieniem

VII

Siedmiokroć złoty rydwan jaskrawo przegalopował nad miastem
więc gorączka oczekiwania na flotyllę sięgała zenitu
i oczy bolały od wypatrywania okrętów prokonsula
z oddziałami ekwitów i piechoty nie znużonej rdzawym piaskiem

Kiedy dotarł na forum ujrzał
uzbrojone i naoliwione przed wyprawą ciała
i centurionów jak między szeregami maszerują kohorty
przekazując wytyczne marszruty na południe - do Cydamesu

Dlaczego tak spieszno im było osaczyć
miejsce ostatniego posiłku barbarzyńców po bezdrożach
gdzie przeglądać właśnie będą i czyścić z pyłów pustyni
kość słoniową strusie pióra czarne niewolnice i złoto

Kiedy pojawiło się przekleństwo na jego wargach
wiedział że słabnie od myśli strasznych
i bulgotał mu w gardle krzywych słów okrzyk
wobec zdarzeń i ludzi z zachłanności ślepych

VIII

Słońce pracowicie przesuwało się w głąb lądu
i żar sączył się kropelkami oliwy i potu
a oni unosili coraz wyżej kolana
u progu skalnego wypiętrzenia

Krawędź poszarpana suchymi wąwozami
od strony północnej osadzona szarą zielenią
czekała na utwardzone stopy żołnierza
czarnym kamieniem i ostrym piaskowcem przez wiele mil

Jak zwykle w drodze na południe
Marcellus wyznaczył jedną centurię
do prowadzenia stada kóz owiec i baranów
które zapewniały oddziałom mięso i mleko

Serce wyprawy pulsowało wśród mężczyzn
o nogach silnych jak kolumny podtrzymujące niebo
pośród przewodników wyznaczających ślad
w tej bez szlaku i bez znaku drodze

Czterech niewolników niosło w zacienionej lektyce
na opuchniętych ramionach ślepca wróżbitę

IX

Hełm trzymał w dłoni
a głowę zasłonił ostatnią czystą szmatą

Żwir wwiercił się pod skórę podeszwy
jak owad pod powiekę

Odparzenie pod prawą pachą
jak ognisko i wrzód

Skroń pulsowała
szukając sposobu na przetrwanie

Przymknięte powieki nawet cienia nie rzucały
Zwierzęta bez pamięci szły w amoku ślepym

X

Pochylił się nad wrogiem
jego silne ramiona
siekierę uniosły nad głowę
aby spadła w dokładnie upatrzone miejsce

Od wieków nienawiść stanowiła żywioł mężczyzny
który własną niepewność obmyć musiał
w wywarze gorącej jeszcze krwi

Nie zauważał głupiec
że wokół zgromadzony mrok
gęstniał jak plama u stóp omdlałych

XI

Najciszej ze świata schodzi topielec
jak ryba niemy

Wisielec już miał krzyknąć z rozpaczy
lecz głos mu uwiązł

Nie może nie wyć w bólu umierający w ogniu:
żywioł ognia wydziera z ciała

człowiek

XII

Zdjęcie autora z publikacji

Przypomniał sobie jak będą dzieckiem
biegał do utraty tchu po wzgórzach
mając pewność że serce i płuca
przywrócą szybko równowagę doskonałą

Polubił więc swoje ciało
służące mu teraz wiernie
podczas długich rzymskich ceremonii
wyprostowane i odporne na wszelkie pokusy

Czy zginie w walce od pchnięcia dzidą
a może zmiażdży go mauretański topór
albo przeszyty zostanie nubijską strzałą
lub wyzionie duch w szalonym zawirowaniu piachu

Niekiedy dostrzegał zarys twarzy śmierci
i jej czujną zwinność dzikiego zwierzęcia
a czasem zasypiał w objęciach niedorzecznej myśli
że będzie żył - zawsze

XIII

Sięgnął po puchar z winem zaprawionym żywicą
gdzie szumiały tajemne odgłosy gleby
i przysłuchiwał się uważnie strumieniom
wodospadom ciała i ziemi

Pieczeń gazeli rozpływała się w ustach
a ząbek czosnku dodawał ducha
zęby zanurzał w chlebie posypanym sezamem
w ten oczywisty sposób sycąc apetyt

Rano podda ciało klasycznym rygorom gimnastyki
precyzyjnie będzie dawkował napar z ziół i rozkosze
unikając obżarstwa i każdej zachłanności gdyż
radością męża dojrzałego jedynie jest wstrzemięźliwość

XIV

Kiedy robiło się ciemno i chłodno - tęsknił -
i słyszał jej głos jak prosi o radę
co przygotować przyjaciołom na ucztę

któż mógłby nie czuć się godnie przyjętym
gdyby podała

na przekąskę:

plastry móżdżku smażone na mleku
nadziewany świńskie wymiona
leśne grzyby w sosie korzennym z rybim tłuszczem

na główny posiłek:

pieczeń z daniela w sosie cebulowym
strusia w sosie słodkim
pieczoną turkawkę z piórami i papugę
flaminga z daktylami
szynkę gotowaną z figami i laurowymi liśćmi

na deser:

daktyle z Jerycha winogrona i miód z oliwą
konfitury różane z ciastkami
bez pestek daktyle z nadzieniem orzechowym
i nasiona sosny zasmażane w miodzie
a także słodkie wino
i ciastka afrykańskie na gorąco

XV

Skwierczało rano ognisko
naczynia zaczerwieniły się
a dym dyskretnie dołączył do porannej mgły

Idąc kołysał się w biodrach jakby tęsknił za wodą
a piaszczyste wzgórza niczym nieskończoność
błyszczały wyszlifowane starannie tysiącami lat

Kolejny raz poznawał własnej myśli ulotność
której wieczorem nie zdążył zamienić w słowo

Wspomniał zimne światło księżyca
w czasie nocnej igraszki bogów

Drżenie ramion
iskra jak łza w oku

XVI

Miejscem wytchnienia od pustynnych lęków
linią zadumy ze szmaragdem wdzięków
szczebiotem fali zgrzytem stóp na żwirze
wilgotnym jesteś i plecy wyliżesz

brzegu morski
granico życia

XVII

Pod kopytami runęły wieki
pod kopytami piasek i groby
i trakty wypełnione milczeniem

Szerokie na trzy wozy
prostolinijne dukty
szybkie jak legiony

Szlaki cesarskich zarządzeń
PAX ROMANA
w mozaice kamiennego świata

Dumnie szedł drogą
którą Rzym pozostawi w darze światu
do najdalszych krańców imperium

XVIII

Instynkt nie zaprowadzi pszczół do teatrów
brakuje tam natury pachnących kwiatów
choć jakieś słodycze zostały na scenie
w kapitelach kolumn słychać os brzęczenie

jak szum ulicy w życiowym spektaklu

tu taniec handlarzy wiruje i trwa
tam próżniak i nierób
tu grajek wędrowny
tam tenor zaśpiewa
tu mim zatańczy

jest chleb
i miodu wystarczy

XIX

Kolejny raz aktor zmienia maskę
w zachwycie ogromnej widowni
zapatrzonej w sztukę przemiany twarzy

Ileż aprobaty jakiż entuzjazm i jazgot
gdy starzec niedawny odmienia prawem sceny
odwieczne prawo

Wstał człowiek garb prostując
i zagrał młodzian
na talerzach miedzianych fletniach i bębnach

Pozwoliłeś zamieszkać artystom w swoim domu - panie -
jak pięknie brzmi kitara
w rezonatorach pudła ze skorupy żółwia

Dwieście tysięcy sestercji zapłaciłeś za koncert - panie

XX

Jak wybaczyć brak odwagi bogom
życia mego nie spróbują i śmierci mojej

Jakież to dziwne
owo osamotnienie wśród przedmiotów

Jakież to szaleństwo
godzić w serca przyjaciół

Jakimż sposobem czerpać siły z medytacji
nad światła błyskiem

Zegarze starodawny - twoja królewska energia
już to ciemnieje w cieniu już to rozpieszcza światłem

jak drogie kamienie na jej piersi
a ona wyniośle tak piękna

złociste i miękkie jej ciało
on falą olbrzymią okrywa

jej szyja spowita jedwabiem
on mężnie sklepienie podpiera

XXI

Czekanie na czas
odpowiedni czas na miłość
i pracę w poszukiwaniu złota
drogich kamieni i szczęścia

Bezsilne i wątłe są czyny
o których się milczy
jak puchar rozbity
z jego gorzko - słodkim smakiem

Co robić z tkaniną
porwaną spieczoną i brudną

Szaleństwo nie sprzyja prostocie myśli

XXII

Stary on jeszcze nie jest
Nie jest wystarczająco chłodny i chytry
Zapamiętuje się w zemście
Ciągle radośnie i głęboko grzęźnie w zmysłach

Jednak gubi powoli instynkt prowadzenia stada
Schodzi na sobie tylko wiadome ścieżki
A tam próbuje jak mu z głową podniesioną wysoko
Tak wysoko że o stopach przestaje pamiętać

Jeszcze biegnie lecz zmysłów nie traci

XXIII

Wiem - że zastanawiać się będą - jak mogliśmy żyć
w takim splątaniu losów samotnej wyobraźni
architekci w krajobrazach z cieniem najbliżej ogniska
podczas zimnej wszechogarniającej i prawdziwej nocy

Nie wiem - odpowiem - gdyż żyłem pośród piasku i wiatru
wewnątrz twardych szczęk wytężałem mięśnie i grzbiet
nikt mnie nie uczył - jak żyć - aby godnie przetrwać
w bólu rozżalonego serce i rozpaczy

XXIV

Oczy mu płoną i ramiona wznosi
gniewne oblicze rozświetla mrok

Rzuca słowa gorące
w zakamarki zwietrzałych skał

Nad nim bezmiar błękitu
a skóra wielbłąda opasuje biodra

Jałowa równina
leży cicho jak chore zwierzę

Dogasające ognisko błyszczy
jak opadła na ziemię iskra

Głos jego potężny
toczy się po bezdrożach

Dziwny człowiek z głową lwa
Iaokanann

Mieszkańcy starożytnego miasta
jeszcze nie słyszeli o nim

XXV

Mieszkańcy starożytnego miasta
ciała wasze zamienione we wspomnienie
wystrugane przez piasek do suchych kości
na skrzyżowaniu spierzchniętych ulic

Ani jeden okrzyk nie został
ani dostojna moc chórów i senatorów
żadne westchnienie nie ocalało
każda łza okazała się nieważna

Zaniedbaliście się w umiejętności odczytywania znaków
kamienie zapomniały imię dyktatora
który słabość pokonywał przemocą
i tworzył kolejny rozdział

A skorpion - bożek starodawny -
do dziś wygrzewa się pod słońcem
czeka na jadu przypływ
aby go cisnąć prosto w twarz przechodniom