30 Sie

Jana Polkowskiego „Ślady krwi” – cz. 1

Wyznacznikiem literatury pięknej jest STYL.

O wielkości dzieła decyduje sposób, w jaki autor przedstawia podjęty temat.

Ważniejsze jest JAK to zrobi, od tego,  CO pisze.

Tak więc literatura piękna to mistrzowsko i kunsztownie przystosowany do opisywanych treści STYL.

Czytając książkę JANA POLKOWSKIEGO pt. „Ślady krwi”, z każdą przeczytaną stroną  rosła we mnie radość, wdzięczność i duma.

ŚLADY KRWI – słowa te brzmią w mojej głowie jak zaproszenie do detektywistycznego procesu odkrywania sprawców zbrodni. Tak, zbrodnie wojny, walk plemiennych stanu wojennego, zbrodnie złamanych charakterów, kłamstw, oszustw, kombinowania, cwaniactwa, cynizmu i kpiny we współczesnym świecie, trwają w przestrzeni 376 stron. (Henryk Harsynowicz nie wie, że jest literackim EVRYMENEM.) Pisarz tworzy siatkę zdarzeń, w której umieszcza  pokolenie  SOLIDARNOŚCI i tym samym pokolenie stanu wojennego

Sens tytułu pisarz  ukrywa  do samego końca powieści. Ślady krwi są na dłoniach ojca, z którym Henryk Harsynowicz nigdy nie chciał się utożsamiać.  Tym dramatyczniej odczuwając potrzebę dookreślenia samego siebie, poszukuje odpowiedzi na pytanie:  KIM JESTEM?

Doświadczenie sierpnia 1980 roku trwają w bohaterze powieści  echem radosnego bicia serca oraz w postaci uniesionych rąk zwieńczonych znakiem VICTORIA. Potem wyrazistą pamięcią  odtwarza odwiedziny najbliższych podczas internowania w stanie wojennym. Dynamika życia w podziemiu osiągnęła poziom zbliżający do poczucia sensu życia. Patriotyzm tych dni wzmógł w nim pragnienie dalszego dookreślenia, poprzez prośbę o sakrament Chrztu Świętego.

Paszport, w którym jednoznacznie było napisane, że jest Polakiem, zabrano mu, kiedy wraz z rodziną emigrował do Kanady.  W Toronto uwidoczniła się samotność człowieka, który wyrwawszy się ze  swoich „naturalnych” korzeni, doświadcza tak dojmującej tęsknoty za Polską. Bez Polski już nie potrafi żyć.

Rodzina okazuje się „bańką mydlaną” pozbawioną kolorów i mocy trwania.

Henryk Harsynowicz wraca po trzydziestu latach do ojczyzny-synczyzny, wezwany do odbioru testamentu zostawionego przez ojca.

Pisarz stwarza sobie teraz szansę opisu rzeczywistości prawno-administracyjnej współczesnej Polski. Jakże mafijna i jakże absurdalna jest owa rzeczywistość Polski postsowieckiej, jakże daleka od marzeń czasów SOLIDARNOŚCI 1980 roku !!!

Mistrzostwo języka stworzonego przez Jana Polkowskiego bardzo trudno scharakteryzować. Język, którym objawia autor czytelnikowi Polskę, zachwyca bogactwem znaczeń, odcieni, barw. Polski język Jana Polkowskiego jest jak niezbadany i nieogarniony wszechświat, który przeczuwamy, że JEST, natomiast odkrywamy jego możliwości i wielkość dopiero dzięki „teleskopowi” skonstruowanemu przez autora. I co szczególne: pisarz potrafi zastosowanymi językowymi  „manewrami” uśmiechnąć się do czytelnika. Żartuje z publicystycznych schematów i „ulicznych” nawyków. Zniechęca do prostactwa. Nie jest moralizatorem. Jest uosobieniem wiary w potęgę i piękno POLSKI, objawiającej się kulturą swego języka i kulturą myślenia. Oto maleńki a jakże smakowity fragment o miłości: „Pamiętał wyraźnie, że gdy Małgosia szła obok, wszystkie dobre i ciekawe rzeczy przybliżały się, gdziekolwiek by się ukrywały. Z pewnością podchodziły bliżej, niż do innych ludzi. Uczucie błogiej zażyłości ze wszechświatem było dziwne, bo jednocześnie w obecności Małgosi wszystko, bez wyjątku, oddalało się i cichło.” (str. 173)

Autor nie udziela odpowiedzi. Pisarz formułuje pytania!

„Kiedyś lubił mawiać: Każdy Polak ma życiorys obejmujący ponad tysiąc lat. To fascynujące mieć tak długie życie. Mamy sobie skracać życie do kilkudziesięciu lat? Amputować sobie skrzydlate, sielsko-rycerskie i dumne dzieciństwo Pierwszej Rzeczypospolitej, bolesne dorastanie podczas zaborów i powstań, ułańską szarżę dwudziestolecia niepodległości i zapaść drugiej wojny światowej? A czemu pomijać dzisiejszy chodnikowo-ubecki kapitalizm, odświeżony kapitalizm swojszczyzny z cudzoziemszczyzną i lekcje lokajskiego egoizmu? Nie wolno rezygnować z włączenia do naszego życia przyszłej dumnej Polski. Czemu nie anektować przyszłych stuleci, kiedy nasz kraj będzie pięknie żeglował wśród światowych burz? Czemu dusić się w chwili indywidualnego życia? Czemu rezygnować z setek lat szczęścia przekraczającego nasz krótki czas? Szczęścia moszczącego się w naszych ponadczasowych sercach, wyrastającego ponad zgubę bycia kimkolwiek, we wszystko jedno jakim kraju?” (str.345)

Odnoszę wrażenie, że spośród wszystkich znaków interpunkcyjnych, pisarza oprócz kropek, które musi postawić na końcu zdania, najbardziej fascynują znaki pytające. Zdarza się, że charakteryzując osobę lub zdarzenie, autor tworzy pytania, poprzez stawianie krańcowo odmiennych  hipotez, sugerując  odmienne interpretacje i niejednoznaczność. Czytelnik, jak każdy człowiek w swym życiu, może dźwigać ciężar niejednoznaczności. Może też wybierać!

„Ślady krwi” przypominają nam, że być Polakiem, to także przyjąć schedę, spuściznę historii w formie szczególnej: są w nas ślady krwi przodków, w tym także Rosjan, Niemców, Żydów, Białorusinów, Ukraińców …

Pewnie Autor zgodzi się ze mną, iż Polakami jesteśmy z wyboru dokonywanego przez całe życie czyż nie?  Wpisywanie się w tradycję narodu, to pełne miłosnego zaangażowania się, podłączanie do tego, co było ważne, piękne i trudne w przeszłości, aby trwało w przyszłości?

Czy glebą tożsamości Polaka może być jego przebogaty i piękny język kultury, w którym chrześcijaństwo jest solą TEJ ZIEMI?

30.08.2014r.                                                                                           Jerzy Binkowski