na krawedzi opok %Jerzy Binkowski%

Elżbieta Lubomirska – Stadnicka – NA KRAWĘDZI EPOK

747302 352x500 %Jerzy Binkowski%
Okładka książki “Na krawędzi epok” autorstwa: Elżbieta Lubomirska-Stadnicka

Krawędź: granica, grań, kant, kraniec, obrys, ostry brzeg, pobrzeże, przepaść, rozgraniczenie, rubież, skraj, węgieł, wrąb, załamanie, zrąb…

Które ze znaczeń synonimów słowa KRAWĘDŹ wybrałaby księżna Elżbieta, Natalia, Róża??

II wojna światowa zmiotła w przepaść magnaterię polską, ich dwory i całą kulturę, której ostoją była tradycja – religijność. Honor.

Straszliwa moc buty i nienawiści Niemców, pod wodzą Hitlera oraz mściwe barbarzyństwo wojsk sowieckich pod dowództwem Stalina, uczyniły na naszej ziemi nieszczęsny cmentarz. Miliony Polaków zamordowanych. Zburzone świątynie, pałace, domy. Wydawało by się, że każda warstwa społeczna przedwojennej Polski została śmiertelnie raniona. Ugodzona w samo serce zmiażdżonej godności – Polska, rozpadła się w pył.

A jednak, a jednak… Elżbieta, Natalia Róża Lubomirska ochrzczona została w parafii Kruszyna (diecezja Częstochowska) dziewiętnastego listopada tysiąc dziewięćset dwudziestego drugiego roku, o godzinie szóstej wieczorem.

W grudniu, 2016 roku pisała do swoich dzieci, wnuków i prawnuków: Ta cała praca, żeby opisać życie, to mój ostatni prezent dla Was. Nie jest to historia ani powieść czy poezja – tylko ukazanie jednej z ludzkich ścieżek wiodącej poprzez bardzo trudny okres, kiedy „waliły się epoki. (…) Moim największym pragnieniem jest podzielić się z Wami tym, co mi dało szczęście i radość z życia. To jest moje spotkanie z Bogiem; Jego dotknięcia, Jego pomoc i ratunek, Jego przebaczenie. (…) My nie możemy uwierzyć, że Bóg jest między nami i nas dotyka. Uwierzmy! Ale to jest moja ścieżka, moja ścieżka do Boga, w którego zawsze wierzyłam, pozostając zwykłym grzesznikiem, niezwykle przez Niego obdarowanym łaską (…)

Wszystko, co było ważne dla wiary Elżbiety zawdzięczała swej babci, Natalii Lubomirskiej (1870-1944).

Ojciec – Władysław hr. Lubomirski żył 29 lat; zmarł z powodu tyfusu (1897 – 1927).

Mama – Róża, Maria, Celina (hr. Broel Plater – Lubomirska) żyła 98 lat. Zmarła w Krakowie (1901 – 1999).

Stadnicki hr. Józef, Edward, Adam żył w latach 1919 – 1960 a jego żona – bohaterka omawianej książki żyła w latach 1922 – 2017.

W poprzednim zdaniu użyłem słowa „bohaterka” i zapewniam, że jest to jedyne określenie, które naprawdę przybliża do treści opowiedzianych zdarzeń, w gąszczu i dramacie których ukształtowała się duchowość Elżbiety.

Czytając, bezwzględnie należy pamiętać, że relacje dotyczące lat dzieciństwa, nie można nazywać okresem przed II wojną światową. Autorka wspomnień żyła w aurze dramatu i szczęścia odzyskania niepodległości. Ojciec, Władysław Lubomirski trzykrotnie wychodził poturbowany i ranny z katastrof wykolejonych pociągów w czasie działań wojenny, których upragnionym skutkiem stała się niepodległość i jej obrona. Następował czas ochrony i rozwoju dziedzictwa rodowego. Czas wolnej, wspaniałej Polski, której hasło naczelne brzmiało: BÓG – HONOR – OJCZYZNA.

„Wielkie rodziny wspomagały uboższe od wieków”. Pałace magnatów zawsze stanowiły centrum życia dla całej okolicy. Kilkadziesiąt osób z okolicznych wsi znajdowało zatrudnienie. Dzieciom organizowano szkoły i ochronki. Opiekę lekarską, wsparcie w sytuacjach trudnych losowo, pomoc w kształceniu dzieci utalentowanych (np. muzycznie), można było znaleźć w pałacu. Tam tez znajdowano uszanowanie za dobra pracę.

Obserwacje dziecka i wspomnienia z dzieciństwa są miłą cząstką lektury.

Pewnego dnia kłóciłam się z moją nianią Lalą i jako ostatniego argumentu użyłam tupnięcia nogą popartego słowami: „Czy ty wiesz, do kogo mówisz? Mówisz do księżniczki Elżbiety Lubomirskiej”. Wtem ktoś wziął mnie za ubranie i podniósł do góry, a następnie dał mocnego klapsa w pupę i powiedział: „Co ty sobie myślisz, dlatego że masz tytuł, to nie musisz być grzeczna? Ty dopiero na ten tytuł musisz zapracować, być kimś, a nie taką nieposłuszną dziewczynką. Powiedział dziadek. Miałyśmy piękne dzieciństwo, wszyscy nas bardzo kochali.

Już później, znacznie później (we Francji), autorka wspomnień powołała się na słowa zapisane przez swoją mamę, o swoim mężu, właśnie o dziadku Józefie Broel-Platerze:

Był niesłychanie dobrym człowiekiem, szlachetnym, miłosiernym, bardzo litościwym, życzliwym każdemu. Nadzorował całą administrację. Prowadził też wspaniałą hutę i fabrykę, pomogła mu w tym górniczo-metalurgiczna praktyka, jaką odbył w Niemczech.

Śmierć w rodzinie przynależy do ludzkiej kondycji i nie omija nikogo. Ośmioletnia siostra Elżbiety umarła z powodu zapalenia otrzewnej po pęknięciu i rozlaniu ślepej kiszki. Dziewczynka przed śmiercią prosiła, aby modlić się słowami: „Matko Boska niepokalanie poczęta, oddal od nas tę straszną wojnę i przebacz wszystkim ludziom”. „Wiara katolicka jest najlepsza na świecie”.

W rozdziale Dziedzictwo duchowe, wartość, której nie można utracić – Elżbieta Lubomirska opowiada o zwyczajach i rytuałach religijnych dworu polskiego a w pierwszym planie umieszcza świętowanie Wielkanocy, z Triduum Paschalnym. W drugim planie umieściła świętowanie Bożego Narodzenia i podsumowuje, że piękno tych świąt, ich niezapomniane światło, ciepło i radość przez całe życie otulały ją swoi czarownym wspomnieniem.

Wśród wartości, które przeniosła autorka przez całe życie, a zakotwiczone zostały od najwcześniejszego dzieciństw, była modlitwa. Z czułym uśmiechem wspominam jej spostrzeżenie, że modlitwy w pałacowej kaplicy miały swoje indywidualne brzmienia. Tak więc babcia zaczynała pacierz i dzieci mówiło wolno i grzecznie Ojcze nasz, z tym, że babcia kładła nacisk na Bądź wola Twoja, a dziadzio grzmiał Odpuść nam nasze winy, jako i my odpuszczamy (…)

Były to wartości, które obu rodom szlacheckim Lubomirskim i Stadnickim były równie ważne i głęboko przeżywane jako powinność.

Kiedyś zapytałam dziadzi, czy będę w życiu szczęśliwa. W odpowiedzi prawie mnie skrzyczał. „Co cię obchodzi, czy będziesz szczęśliwa. Masz wykonać swój obowiązek Matki Polki”. (…) Matka Polka to była świętość. Byłyśmy wychowywani w jej etosie.

Druga część tryptyku otrzymała tytuł WOJNA, OKUPACJA, LATA POWOJENNE. Stopień skomplikowania losów poszczególnych osób wymaga osobistej lektury i zapewniam, że będzie to wysiłek zbliżający czytelnika się do czasów zbrodni, grabieży, gehenny, ale nie w celu wzbudzenia rozpaczy. Warto czytać, aby dostrzec kolejny raz, że solidarność jest czymś najważniejszym w stosunku do słabszego człowieka.

Dwory i dobrze zarządzane gospodarstwa magnackie przynosiły okupantom niemieckim wartość dodaną: były miejscem produkcji żywności. Fakt ten stanowił parasol ochronny nad dziedzicami. Sprawność organizacyjna pozwalała jednak ową pracę nad produkcją żywności skierować nie tylko na front wyznaczony zdobyczami wojennymi Niemców. Dwory magnackie stały się w czasie wojny zapleczem żywnościowym, medycznym, radiolokacyjnym i finansowym Armii Krajowej i Batalionów Chłopskich. Rody magnackie zawiązały swego rodzaju bank (Rada Główna Opiekuńcza), wspierający partyzantów i najbiedniejszych mieszkańców okolicznych miasteczek i miast. Stały się także, w zakamarkach obrabowanych pałaców, miejscem przechowywania rannych i chorych a niekiedy „arsenałem” broni dla partyzantów. To w czasie zawieruchy wojennej Elżbieta Lubomirska zakochała się w Józefie hr. Stadnickim. Od pierwszego wejrzenia. Na przekór okolicznościom. Józef był pięknym i inteligentnym mężczyzną z jedną cechą, która nie pozwoliła mu marzyć o związku małżeńskim. Był kaleką, który nie był w stanie poruszać się na własnych nogach. Miał niedowład nóg, jako echo nieuleczalnej wtedy choroby Hainego-Medina. Zakochana Elżbieta swoim zaangażowaniem uczuciowym przekonała zarówno swoją matkę jak i rodziców Józefa. Rodzaj „bojowego” narzeczeństwa trwał kilka lat. Stopniowo Elżbieta dowiadywała się, że jej przyszły mąż jest od 1941 roku komendantem placówki ZWZ-AK. Bazą był dwór Stadnickich w Nawojowej. Odważny, ofiarny ryzykant , który swoje życie podporządkował walce o wolność. Dopiero po kilku latach partyzanckiej batalii, wiedząc, że wojna się kończy, gdyż Niemcy zaczęli się wycofywać, narzeczeni zawarli związek małżeński w kościele, w majątku rodziny Sobańskich pod Gorlicami, 8 października 1944 roku. Małżeństwo trwało 16 lat. Urodziło się pięcioro dzieci. Jeden z podrozdziałów nosi tytuł Żyjąc wśród innych rodzin. W walce o przeżycie pozostać uczciwym.

Józef hr. Stadnicki uległ wypadkowi w drodze z Warszawy do Krynicy. Wracał swoim skuterem z przyczepą, skonstruowanym specjalnie, aby on mógł się poruszać i wyjeżdżać. Rozdział o dramacie miłości małżeńskiej nosi tytuł: Cienka i delikatna nić życia. Doświadczenie chorób i odejścia.

WE FRANCJI – to trzecia część niezwykłej opowieści niezwykłej Kobiety. Kolejne podrozdziały to: W obliczy wyzwań i wyborów. Człowiek, mój bliźni. Widząc ostateczny cel.

Pragnę zasugerować, iż ostatni część tryptyku szczególnie warta jest uważnej lektury, gdyż jest zwieńczeniem życia Kobiety, Matki Polki.

LIST DO PANA BOGA

Jestem już bardzo stara, coraz słabsza, do tego głucha i widzę mniej dobrze,
A ta litania mogłaby być jeszcze dłuższa.
Moje serce, Panie, jest całe Twoje i pragnie oddać się Tobie,
Powierzyć Ci się i kochać tylko Ciebie.
Bo w Tobie, moja Trójco Święta, mogę odetchnąć pięknem Twojego Stworzenia:
Od fiołków schowanych w trawie na wiosnę aż do wierzchołków wielkich gór pokrytych śniegiem.
To Ty mi pozwalasz podziwiać dary Twojej miłości w osobach świętych i w moim przyjacielu bezdomnym,
i w moim przyjacielu narkomanie, i w moim przyjacielu alkoholiku, i w moim przyjacielu w więzieniu.
Gdziekolwiek zwrócę oczy, widzę, jak Ty przez to wszystko przeświecasz.
Pewnego dnia, kiedy opłakiwałam swoje grzechy, Ty pozwoliłeś mi zobaczyć
To potężne drzewo wiary, które wyrosło we mnie z korzeniami
W źródle Żywej Wody.
Wyrosło całkiem samo – pomimo mnie i mojej małości.
To jest powodem mojej radości stałej.
Bo kto może mi zabrać to wielkie drzewo,
Do którego gałęzi tulę się bez lęku
Razem z innymi małymi ptaszkami?
Wszyscy są zaproszeni przez Ciebie.
Amen, Alleluja, Hosanna, Deo Gratias, Amen.
* * *

Wierzę, że przetarcie szlaku przeze mnie, pośród ogromu faktów i przeżyć księżnej Elżbiety Lubomirskiej-Stadnickiej, zapisanych przez Panią Agnieszkę Przychodnią, stanie się zachętą do uważnego przeczytania tej jakże pięknie i starannie wydanej książki. Walorem nie do przecenienia są umieszczone w książce, zależnie od treści opowiadania – fotografie. Zaprezentowanie sylwetek, twarzy, które są serdecznie bliskie autorce opowiadań, ożywia i urealnia charakterystyki tych osób. Także zdjęcie pałaców w Kruszynie i Nawojowej przybliżają warunki życia a potem ilustrują degradację materialną tych przestrzeni niegdyś tętniących życiem.

Wszystko, co literackie (bezbłędna korekta), ale także naukowe (badawcze) satysfakcjonuje mnie absolutnie. Jest indeks nazwisk, jest syntetyczne Curiculum vitae, są zdjęcia (scany) ważnych dokumentów. Są zachwycające mocą ekspresji plastycznej – wnętrza stron okładkowych i albumowa, twarda okładka. Nie oszczędzano na edycji tego albumu. Serdeczne i najpiękniejsze ukłony kierują w stronę właścicieli wydawnictwa ROSIKON PRESS.

I jeszcze jedno: na początku mego omówienia zastanawiałem się, które z synonimów słowa KRAWĘDŹ byłoby najbliższe księżnej Elżbiecie, Natalii, Róży Lubomirskiej-Stadnickiej. Początkowo krążyłem wokół znaczenia słowa „przepaść”. Przypuszczam jednak, że tym słowem jest WĘGIEŁ. „Kamień odrzucony stał się kamieniem węgielnym”.

Jerzy Binkowski

 

Similar Posts