9 Gru

Nauczyciel w blasku trudności…

Czy zgodzicie się Państwo ze mną, że osoba skupiona na rozwiązywaniu zadania i mająca nadzieję na znalezienie sposobów rozwikłania problemu jest istotą o błyszczących oczach. Bije od niej jakiś blask…

Można by więc przypuszczać, że w naszych szkołach, nawet w pochmurne dni jesieni i zimy nie trzeba włączać elektryczności i ogrzewania, gdyż pracujący w nich nauczyciele wystarczającym świecą blaskiem bijącym z ich oczu i emitują dostateczną ilość ciepła ze swych umysłów i serc. Edukacja dostarcza im tak wielkiej ilości problemów, że nie mają innych możliwości: świecąc życiodajną energią, ożywiają blaskiem swoich podopiecznych.

Prawdopodobnie nie ma wśród nas osoby, któraby nie doświadczyła tajemniczego związku między wysiłkiem i poczuciem ulgi, jakiegoś szczęścia w chwili, gdy po przeróżnych trudach osiąga się wyznaczony, upragniony cel. Radość jest dziwnie i niekiedy dramatycznie powiązana z trudem, pracą, smutkiem, ciemnością. Jasność i ciemność, światło i cień są ze sobą nierozerwalnie powiązane.

Wielki mistyk chrześcijaństwa, Jan od Krzyża zapewnia, że noc ciemna stanowi nieunikniony fragment drogi każdego człowieka, która wiedzie w głąb samego siebie, jeżeli osoba na serio traktuje swoje życie. Żadna przepaść nie jest tak głęboka, żadne wzniesienie nie jest zbyt wysokie, aby nie służyło możliwemu celowi: życiu w coraz większej harmonii z samym sobą i z otaczającym światem.

Tu na ziemi pełna harmonia nie jest możliwa i najprawdopodobniej nie byłaby wcale pożądana. Póki żyjemy, naszym zadaniem jest wzrastać, a wzrastanie zawsze łączy się z przejściowymi trudnościami. Przejście z poziomu aktualnego na wyższy, jest procesem przemiany, który sprawia, że już osiągnięta równowaga zostaje zakłócona po to, aby mogła być zastąpiona przez głębszą równowagę.

Każdy niepokój, każde cierpienie mogłoby rodzić pytanie: czego mogę się nauczyć przez ten konkretny problem, wydarzenie, konflikt…

Najbardziej podstawowym i wstrząsającym przeżyciem, było doświadczenie istnienia dziecka. Oto jest. Odważę się powiedzieć, że gdyby zostało we mnie, i w nas, to głębokie uczucie wszechogarniającej radości z istnienia obok drugiego człowieka, bylibyśmy osobami prawdziwie szczęśliwymi.

Pamiętam, że był to czas naturalnego porządku, naturalnej hierarchii ważności. Przyzwoliłem, chciałem podporządkować się potrzebom osób, których jakość życia, tak czułem, w dużym stopniu zależała od mej gotowości czuwania i służby. Starałem się być blisko, aby możliwie szybko reagować na potrzeby pojawiające się w następujących po sobie chwilach.

Wtedy to dowiedziałem się np. o prawdziwej swej nieodporności na zmęczenie (brak snu był źródłem drażliwości), wtedy to szybko opanowywałem nowe umiejętności (prania, prasowania, kąpania), celowych zakupów, planowania wydatków i zdarzeń. Pogłębiałem umiejętność łączenia teorii z praktyką. Wtedy doświadczałem najgłębszej czułości płynącej z przyglądaniu się dziecku, obserwowania, rozpoznawaniu szczegółów, współbrzmienia z emocjami dziecka i dystansowania się wobec nich tzn. przyjmowania za fakt, że dziecko wyraża coś swoim językiem, że chcę to odczytać, zrozumieć i zareagować tak, jak ojcu przystało – rozsądnie, licząc się z rzeczywistością, z możliwościami i okolicznościami.

Myślę, że podtrzymywanie w nas tej ekscytacji życiem, która byłaby odpowiednikiem relacji macierzyństwa i ojcostwa z pierwszych miesięcy życia naszych „własnoręcznych” dzieci, mogłoby się stać źródłem stale odnawialnych zasobów łagodności, ciepła, determinacji w wzbogacaniu swego świata, światem istoty mniejszej, która z przedziwnie naiwną żarliwością istnieje, jest.

Sądzę, że niezależnie od tego, co rodzic (wychowawca) chce osiągnąć podczas konkretnego kontaktu z dzieckiem, zawsze mógłby istnieć jeden podstawowy cel, który mógłby przenikać wszystkie ich interakcje. Wychowujący mógłby pragnąć, aby dziecko usłyszało podstawową wiadomość: Jesteś i to jest cudowne. Możesz być tym, kim jesteś. Możesz żyć całą swą pełnią i to wyrażać. Możesz wyrażać swój związek z innymi i z Tym, który jest większy od ciebie.