W DRODZE DO DAMASZKU

W drodze z Damaszku

Wydawnictwo BERNARDIUNUM – Pelplin 1994
ISBN: 83-901192-8-5
Zobacz wersję elektroniczną PDF =>

Waldemar Smaszcz "Saul z pamięcią zbrodni” - recenzja tomiku Jerzego Binkowskiego pt.: „W drodze z Damaszku

               Nowy cykl Jerzego Binkowskiego przykuwa uwagę już swoim tytułem. „W drodze z Damaszku” – to musi poruszyć wyobraźnię, zatrzymać myśl, a nawet zaniepokoić. Tak sformułowane zdanie przesuwa ustalone wydawałoby się ostatecznie znaczenie wydarzenia, które nie tylko zapoczątkowało uczestnictwo Apostoła Narodów w dziele ewangelizacji, ale było też najbardziej bodaj wyrazistym przejawem nieuchronności woli Bożej. Przemiana Szawła, który „siał grozę i dyszał żądzą zabijania uczniów Pańskich” w wybrane naczynie Pana, była wydarzeniem wstrząsającym, porażającym wręcz, którego z ludzkiego punktu widzenia nie sposób wytłumaczyć. Człowiek ten bowiem nie został przez Chrystusa zapytany: „czy chcesz tego”, „czy pragniesz mi służyć”, ani nie usłyszał polecenia: „zostaw wszystko i pójdź za mną”. A i sama postać wybranego wystawiła na próbę ludzkie pojęcie o „naczyniach Pana”. Szaweł nie tylko nie należał do uczniów Mistrza z Nazaretu, ani nawet ludzi obojętnych, lecz był zapamiętałym prześladowcą wyznawców nowej wiary; spotkaliśmy go na kartach Ewangelii w scenie kamienowania św. Szczepana.

               Zmartwychwstały Zbawiciel działał jak starotestamentowy Jahwe – światłością jako Znakiem i głosem z nieba. Wszystko, co się wydarzyło u wrót Damaszku było tak niezwykłe, trudno się więc dziwić, że od początku zaprzątało uwagę, stało się przedmiotem dociekań biblistów, teologów, a potem także psychologów. Tajemnica owej cudownej przemiany pobudzała też wyobraźnię poetów. Juliusz Słowacki, największy bez wątpienia wizjon w naszej poezji, wielokrotnie powracał do tej sytuacji, a w „Zachwyceniu” pisał:

Bo mój Stworzyciel znalazł mnie na ziemi

I napadł w nocy ogniami złotemi…

Bo Pan mówiący w objawieniu: Jestem,

napadł mnie w ogniach z trzaskiem i szelestem.

 

               Poeta z pokorą przyjął wolę Stwórcy, o czym świadczy to pełne prostoty wyznanie: „Przetoż się, Panie, wiecznie upokorzę…’. Powtórzył prawie dokładnie wyznanie bohaterów biblijnych, którzy w takich sytuacjach zwykli mówić: „Mów, Panie, bo słucha sługa Twój”.

               W dwudziestym wieku coraz częściej zaczęto wydarzenie to postrzegać nie z perspektywy Boga, u którego „nie ma rzeczy niemożliwych”, ale człowieka ubezwłasnowolnionego, nie mogącego ani się ukryć, ani uciec przed Panem. Jeszcze Jerzy Liebert, który pierwszy tak dramatycznie zapisał spotkanie Boga i człowieka, potrafił ukazać bezcelowość człowieczego oporu, gdyż tak naprawdę najgłębszym pragnieniem uciekającego były właśnie ramiona Stwórcy. W najgłośniejszym swoim wierszu, zatytułowanym „Jeździec” poeta pisał:

Uciekłem przed Tobą w popłochu,

Chciałem zmylić, oszukać Ciebie –

Lecz co dnia kolana uparte

Zostawiały ślady na niebie.

               Potem jednak akcentowano przede wszystkim nierówność uczestników tego spotkania, a to musiało prowadzić do mnożenia pytań stawianych Bogu. Dopiero ks. Jan Twardowski z właściwą sobie prostotą przywrócił pierwotny sens owego zdarzenia:

o cokolwiek zapytasz

trzepnie cię milczenie

Bogu nie stawia się pytań dlaczego

 

               W tym właśnie kontekście należy – moim zdaniem – umieścić cykl poetycki „W drodze z Damaszku”. Autor jakby uznał, że to, co wydarzyło się u bram miasta należy do największej tajemnicy nawrócenia, której nigdy nie przenikniemy. Paweł, porażony łaską, rozdarł serce nie szaty. Nie demonstrował nowej postawy zewnętrznymi oznakami, ale wypełniał gorliwie wolę Pana. Sprostał głosowi Chrystusa, który wymagał nawrócenia natychmiastowego, radykalnego i stałego. W jednym z najgłębszych utworów tego cyklu czytamy:

Pytań nie będę mnożył

przez wieki odbijają się od skał i miażdżą

 

O obojętność oskarżą Cię – Panie

o lodowatą krew wargi zaciśnięte i bulgot złowrogi.

 

               Czy można się dziwić, że po tych słowach poeta postanowił zostać sui generis kronikarzem przemienionego Szawła, „żydowskiego zbrodniarza”, pamiętającego, że przelewał krew współwyznawców, więc tym gorliwiej poszerzającego chrześcijaństwo na ziemi.

               Jerzy Binkowski nie pomija, oczywiście, Pawłowego nawrócenia, ale też ma świadomość, że jest to początek, a nie punkt kulminacyjny. Stąd w wierszu „Przywarł wargami…” powściąga emocje, zdobywa się na prawdziwie oszczędny ton, zamykając ów cud w trzech trójwersowych strofach (nie pomińmy wymowy owych „trójek”), z których tylko jeden wers jest dopowiedzeniem („śmiertelnie blady”), pozostałe oparte na twardych czasownikach przesuwających liryczną akcję wiersza miarowym, odmierzanym rytmem zdarzeń.

               Zwraca uwagę surowy realizm (chociaż to nie najlepsze słowo w odniesieniu do poezji) w ukazywaniu misji Apostoła, jak w tych fragmentach: „Podeszwy odparzone // jedynie bąble sączą wilgoć // nachylił się i wylizał // splunął…”; „Zniszczone jest ciało i skóra…”; „Usta jego // popękane od mowy…” Ale nie ogranicza się do tegopoetycki wymiar poematu. Kreślone obrazy poetyckie doskonale wpisują się w jednorodność artystycznej wizji:

Krok po kroku

drogi nabierają powietrza

 

Przytwierdzona do osła wytrwałość

i woda w bukłakach

 

               Czytając cykl „W drodze z Damaszku”, nie zawsze wiedząc o tym, docieramy do źródeł i dotykamy „tej czułości // która obmywa powieki i stopy”. Zapewne pozostanie w naszej pamięci postać wędrowca przemierzającego nie tylko Ziemię Świętą, ale i przenoszącego SŁOWO, także dzięki sugestywności obrazowania poetyckiego, choćby owe sandały „wytrwałe jak pergamin”.

                                                                                                               Waldemar Smaszcz

Poniżej fragmenty książki:

I

Saul - to imię żydowskiego zbrodniarza

psa o dziwnie skupionych oczach

Jego zachłanność wyziera z tłumu
jak piorun błyska w nawale chmur

Ślizga się po zasłyszanych słowach
dyszy na skraju miasta

"Przeklęte bydlę" - krzyczy
zwalając się pod zwierzę

W trzydziestym szóstym roku Galilejczyka
Saul - z pokolenia Beniamina

II

Przywarł wargami do twardej ściany
W żyłach zgrzytały kamienie
W skroniach jedynie ciemność

Wysunął się spod konia
I poszedł ślepo
Śmiertelnie blady

Oddechu starczyło na siedem kroków
Powietrze zaplątało się w płucach
I zemdlał

III

Bracia - oto Saul w drodze z Damaszku
z pamięcią zbrodni

Pan wymówił jego imię
I Pan go wybawił

W mowie jego przebywać będzie Anioł
wybierając głoski najlepsze

On będzie mówił o prawdzie
do końca świata

IV

W jego oczach trwasz - Panie
a przechodzący wskazują go palcem

Zaślepiony
nie potrafi iść nawet ulicą Prostą

Idzie i nie wie dokąd
wplątuje stopy w szorstką tkaninę

Nie ma ziemi i nie ma nieba
tylko odprysk z żył tańca i wody

Och - Gamalielu - Gamalielu -
czytałeś mi często:

"Biada wam uczeni w piśmie"

V

Oblicze swoje pokazałeś mu - Panie -
i dłonie położyłeś na głowie
a on zatrząsł się jak blok skalny
w tej intymności

VI

Mikwa napełniona deszczową wodą
czeka osiemdziesiąt dni
aby umył się i wyprał odzienie

Składa ofiarę z baranka
na którego wskazują kobiety
i zapraszają do tańca na rozżarzonych węglach

Już nie płacze - wysławia Jedynego
Menorach błyszczy siedmioraką pieśnią
siedmioma psalmami spływają wody

Rozmawiają o duchach spotkanych na pustyni
tam obok skolopendry i skorpiona
w aromatach lilii z adesmią

Gdzie dzikie kozy kołyszą biodrem wokół koziorożca
a liście słonorośla przysmakiem bywają wśród zup
wśród przypołudnika z różą jerychońska

Jak zmartwychwstanie

VII

Przez skały i góry idzie
niczym król Saul
w poszukiwaniu wody
pożywienia
i cienia

obchodzi się byle czym
sokiem z gałęzi tamaryszku
źródłem wśród bagien
pamięcią ryb z morza tyberiadzkiego
w sieci pełnej pomysłów

VIII

Podeszwy odparzone
jedynie bąble sączą wilgoć
nachylił się i wylizał
splunął

Bogu pokłon i oddanie czyni
milczy i pali się
spiekoty badyl
suchy

Którą drogę wybrać do swego ogrodu i snu
obieżyświat wśród kóz obgryzających korzonki
lump wędrowny z gwiazdą Dawida
na Wysokiej Górze

Kto niemoce wziął na siebie i choroby
poniósł nasze opętanie ślepotę i paraliż
Kto jak złoto błyszczy
- pszeniczny łan wśród kamieni i piasku -

IX

Natęża myśli i pustkę odsącza
i Nic zostaje jak Bóg

Nieustannie na początku drogi
pieśń nową zaczyna

Ależ tak - pieśń pełną wesela

Jest cząstka Anioła
który skrzydłem wachluje gwiazdom

Jest nieruchomy w rytuale godzin
trwa w deszczu i ciemności

Truchleje samotnie

X

Duch wędruje i tchnie
a jego ciało to człowiek
w bólu pod ciężką ręką Boga

W Judei jest wielkie odludzie
jak przed kryjówką lwa
schowanego przed olśnieniem

Zniszczone jest ciało i skóra
jego nocleg osaczony
nadmiarem jadu i goryczy

Gorzkie fale morza słonego
tworzą własne dzieła:
atole minerałów

 

XI

Nie zechcesz - Boże Wszechmogący -
rozliczyć się przede mną z czasu minionego

Pytań nie będę mnożył
przez wieki odbijają się od skał i miażdżą

O obojętność oskarżają Cię - Panie -
o lodowatą krew wargi zaciśnięte i bulgot złowrogi

Cierpiąca okolica
jak źle ukryta rana rozdartego drzewa

Ciężaru ciała i śmierci nie czuję
i nie wiem jak wołać aby pokonać życie

XII

Słońce stwarza pustynię zniszczenie i śmierć

Ziemia stygnie zasysając ciemność

Małe lisy niszczą winorośl i hiena przychodzi

W beznadziei zgorzało światło

Tak było

Puste drogi dni bez cudów i brak przebaczenia
Więc objawienia pragniesz w pół światła

XIII

Jego oczy
wypalone i niebieskie

Usta jego
popękane od mowy

Jego myśl
jak fala i wiatr

Serce jego
jak kamień

Ogromny

XIV

Nie szuka siebie w krainie winnych
Nie chowa pieśni w swoim domu

Nie dotyka padliny
Nie patrzy z pożądliwością

W pomruku fal
W zgrzycie steru

W głodzie ogniu i powietrzu
Spala się krzew

Pali się krew

XV

Na stole czeka potrawa z jabłek
migdały orzechy
wino cynamon
pietruszka zanurzona w słonej wodzie

z ciemności wyłania się Mesjasz

wśród gorzkich ziół
w samotności niemożliwej
lgniesz do dłoni
Jezusa z Nazaretu

Który Nie Opuszcza

XVI

Powaga i tajemniczość
ruin
oddaje Bogu co boskie

Po prawej stronie stoją mury świątyni
po lewej resztki pałacu
a pomiędzy nimi ściany stajni

Rozsypały się w nieładzie kwiaty
na skorupach domostw
na nekropolii

Dyszą kolumnady
brukowane ulice gimnazjum
amfiteatr i łaźnia

W kierunku akropolu
uliczki biegną
pełne kamiennych schodów

Daleko w tle toczy się akwedukt
mocnym snem ukołysze imperium
strumień żywej wody

XVII

Piasku suche łzy
Pizydii Frygii Galacji

Wzdłuż wyschniętego koryta
cynobrowy kolor świtu

Oślepione drogi
w ostrej czerwieni i fiolecie

Ciągniesz za rękę
i najsłabszego dźwigasz na plecach

Wargi drżą o jedno źródło
dwanaście fontann i siedemdziesiąt palm

Płaskowyż wypasanych owiec
w absolutnej ciszy

Tysiące małych schodów

XVIII

Rzeka Abana po prawej
po lewej Parpar

Słońce głos wibruje
za bramami Damaszku

Krok po kroku
drogi nabierają powietrza

Przytwierdzona do osła wytrwałość
i woda w bukłakach

Do opuszczenia myśli
do opuszczenia ciała

XIX

Cisza starożytnych ruin
jak kamień drogocenny
skrywa czas

Tajemnica trwania na wzgórzach
wypatrzonych przed wiekami
przez greckich żeglarzy

Czas ściśnięty w kamień
ociosany przez słońce
i gładki jak wiatr
milczy

Wzgórza to odpowiednie miejsce
do medytacji

XX

Ty jeszcze nie wiesz
że biegnąc do źródeł dotykam tej czułości
która obmywa powieki i stopy
a czystością porannych postanowień zachwyca

Ty jeszcze nie wiesz
że dźwięk przebudzenia jest Jego odblaskiem
stąd wybór sandałów wytrwałych jak pergamin
przenoszący SŁOWO

Ty jeszcze nie wiesz
w jakiej słodyczy pękają granaty
a potem miąższ figi migdałów
i kozie mleko spływające po brodzie

Ty jeszcze nie wiesz
że kiedy zapalam ogień u stóp
umieram w zachwycie
zdziwiony mocą nie swoich dłoni:

JESTEM
JESTEM
JESTEM