Wiejska Ballada

Nakładem białostockiego wydawnictwa “BUK” ukazał się nowy tomik poezji, poety Jerzego Binkowskiego.

Okładka książki :Wiejska Ballada" Jerzego Binkowskiego

Takie słowa o tomiku do jego Autora kieruje Janusz Andrzejczak:
 
Prawdziwie wyniosły jest jesion z okładki Twojej „Wiejskiej ballady”!

Nie wiem czy wiesz, ale pełna nazwa tego gatunku drzewa, to – Jesion wyniosły (Fraxinus excelsior L.)!
Nie, to drzewo samo się nie wynosi nad inne, to sam Bóg je wyniósł! I Ty je wyniosłeś, wyróżniłeś, dając mu niejako pierwszą, najważniejszą stronę swojej nowej książki.
Czy może istnieć wieś bez drzew?
Są u Ciebie prócz jesionu także świerki, topole, brzozy, modrzewie, lipy…; są zioła łąkowe, są kwiaty, na kwiatach pszczoły, są uprawy, są ptaki, są gospodarskie zwierzęta, wreszcie, są – ludzie.
Czy może istnieć wieś bez łąk, bez pszczół, bez upraw, ptaków, bez dzikich i gospodarskich – zwierząt?
Wreszcie, czy może istnieć wieś – bez ludzi?!
A skoro wieś nie może bez nas istnieć, czy może ona istnieć bez ich chałup, stodół, kurników, dróżek, dróg, bezdroży, bez – kiedyś – końskich pojazdów, bez ciągników, motorów, bez wiejskich
kościółków, kapliczek przydrożnych, świątków, krzyży?!
Czy wieś, może istnieć – bez sąsiadów?!
Ale to wszystkimi – Bóg! Oczywiście, z Niepokalaną swoją – Matką.
Jest w Twojej „wiejskiej balladzie” wielka, wielka – melancholia, wielka tęsknota.
Ty już Jurku nie jesteś tylko człowiekiem miasta; stałeś się i wieśniakiem!
A ja, który jestem nim od zawsze, witam Ciebie w swojej wsi!
A Ty, przyjmujesz mnie gościną swoich pięknych wierszy, w swojej.
Jak człowieka gnębi dziś koronawirus, tak i wyniosły jesion, ma w tych czasach swojego śmiertelnego wroga. Jest nim grzyb: Hymenoscyphus fraxineus.
Giną jesiony! Masowo!
Przyjacielu, jednego z nich i wszystko co wokół niego, ocaliłeś na zawsze swoją poezją.

Dziękuję.

Janusz Andrzejczak

 

 

 


Co o tych wierszach mówi poeta i malarz Janusz Andrzejczak, który swój tekst – list do Jerzego Binkowskiego – zatytułował tajemniczo: Libretto?

Jeszcze kilka lat temu Jurek Binkowski mi mówił, że jest człowiekiem miasta, że nie rozumie wsi, przyrody…

Jeszcze kilka lat temu, gdy przesyłałem mu swoje utwory wiedziałem, że ich nie czuje.

Jego wybitny rozum próbował moje wiersze zrozumieć.

Tłumaczyłem mu wówczas, że w nich nie ma niczego do rozumienia, że to czyste tchnienie, nastrój, uczucie, czego nie jest w stanie pojąć żaden mózg.

Ale on tego nie… rozumiał.

Sprzeczaliśmy się. Bywało, że on był bezradny wobec mnie, a ja wobec niego. Zdarzało się nam, że przez kilka dni nie odzywaliśmy się do siebie.

Czytając jego wiersze, starałem się je rozumieć.

Bardzo możliwe, że byłem na jego twórczość po prostu – za głupi.

To były dobre i bardzo dobre wiersze, ale wysyłane na adres tego, który nie lubił się wysilać przy czytaniu.

Byłoby straszną pychą mniemanie, że otworzyłem mu serce na wieś, na przyrodę, na prostotę, ale tak mogło być. Przecież i Jurek miał (i ma) na mnie wielki wpływ. Nie, nie tylko umożliwiał mi lepsze czegoś rozumienie, ale i bogatsze od mojego – odczuwanie.

Jego felietonistyka była dla mnie rozumową i duchową ucztą, ale na większość jego wierszy, po prostu byłem intelektualnie – za słaby.

Aż powoli, powoli, zaczął inaczej pisać.

Pojawiały się kwiaty, ptaki, pojawiała się jakaś mgielna melancholia… I smutek, który nie jest smutkiem w potocznym rozumieniu tego słowa. To smutek, który wyzwala refleksję, chwyta tchnienie, nawet i takie, które – jak mgła – przenika nie tylko przez palce, ale i przez serce, duszę.

Elementy przyrodnicze były u niego zawsze, ale dla mnie, jako ornamenty, ozdobniki; piękne w tym, co nieomal każdy widzi, że jest piękne.

Aż mi opowiada wierszem, rozmową, że widzi to i to, że jest w nim zachwyt; taki, jaki miewają tylko Poeci. Albo mistycy.

Z każdym nowym wierszem Jurka, coraz mniej muszę rozumieć.

I wracam do jego wierszy. Wraca się do czegoś, co sprawia przyjemność…

Jurek już zupełnie odrzuca skomplikowaną ornamentykę i sobie po prostu – idzie.

Ku kwiatom, ptakom, do sąsiadów, do kapliczki…

I modli się.

W jego najnowszym tomiku „Wiejska ballada”, nie ma ani jednego wiersza, który nie byłby modlitwą.

„Kantata Przemienienia” wcale się nie skończyła codą. Jurek każdym wierszem pisze libretto do jej następnej części.

Następnej, następnej i następnej…

Janusz Andrzejczak

_______________________

Wiejska ballada wydana kilka tygodni temu czeka na spragnionych zimą orzeźwiającego powiewu lata. Jest ciepa jak bochenek chleba wyciągnięty z pieca pobielonego wapnem z niebieską farbką. Pachnie tym wszystkim, co kochamy.

Dobrej lektury!

Książkę można zamówić u Autora:

 

Ballada trofimowska

Jak trawy mijane w oku pędzą
tak domy stoją skruszone

Pani Leokadia Sieńko żona Joachima
przechowuje w sieni papierówki kosztele i pamięć

Gienio Sołyjan w blaskach czeremchy
śpiewa pobożnie przy trumnach sąsiadów

Za rowem Stasieuk Henryk z gromadką Stasieuków
do roboty w polu został Wiesio – jeden z bliźniaków

Romek Rozmysłowicz pędzi krowy piaszczystymi dróżkami
gdzie – krzyczy odważnie – gdzie leziesz – słyszą okoliczni

Stach Dyśko chłop samotny jak tutejsza lipa ogromna
rozmawia z Henrykiem Kolosa o młócce starą damfą

Olimpia Kamińszczanka gotuje mężowi szczawiową zupę
cieszy oko biały obrus i buteleczka miodowej nalewki

Pszczoły odziedziczył Henio po Józefie Kamińskim
ule na basach swych skrzydeł wyśpiewują psalmy w sadzie

I tak trwa tęsknota za domem wśród kwitnących łąk

Dni człowieka są jak trawa,
Kwitnie jak kwiat na polu;
ledwie muśnie go wiatr, a już go nie ma,
i miejsce, gdzie był, już go nie poznaje.
Ps. 106

Dziadek Henryk

Mówiłem do Ciebie – Tato –
do obcego człowieka
który pokazał mi jak się pracuje
na śmierć i życie

Z Tobą powtórzyć chciałbym wszystko:
piaszczyste drogi kurz dudnienie kopyt
wjazd furą na klepisko
zwalanie snopów pachnących rżyskiem

Nie budowałeś murów
pomiędzy sobą i światem
podnosiłeś te owoce
które spadły po Twojej stronie płotu

Basowy pomruk pszczół na łąkach
woń jabłek obok domu w sadzie
kryształowy dźwięk zimy pod saniami
wszystko to trudno zmieścić pomiędzy wierszami

 

Konwalii kropelki

Jesion jesienią usnął
dzisiaj sennie wiośnieje

Białą koroną
lśnią obok wiśnie

Jabłoni różowe płatki
wirują w złocie złocieni

Kropelki konwalii dźwięczą
wdzięcznie w zieleni

Kto was maluje
znajdę malarza

Kto was rzeźbi
odnajdę rzeźbiarza

Za siódmą doliną
za siódmym lasem

nim pod jesionem zasnę

 

Na Boże Ciało

Na czerwcowym niebie
tęcza jak obrączka
barwne przymiarki czyni

kolory spłynęły na brzezinę
lilaki piwonie rumianki
i dziewczęce wianki

mirabelka wiśnia jabłoń i grusza
miodowa smagliczka
powaga lekarskiego mniszka

Z zachwytu na kolana padam
i po łacinie gadam jak najęty
ministrant w Boże Ciało

Święty Święty Święty

Pleni sunt caeli et terra gloria Tua
Hosanna in exscelsis

Babcia Olimpia

Twoje odejście było gęste i pełna wilgoci ziemia
a ja ratowałem dom od pożaru jak mądra sowa wyrozumiały

Widzę Ciebie sięgającą po miskę z zakwasem i mąką
i dłonie pachnące chlebem w blasku Twych oczu

W piwnicy odnajduję dżem malinowy i sok z czarnej porzeczki
dobrze zakonserwowane ogórki kapustę kiszoną i gąski w słoiczkach

Jeszcze w powietrzu unosi się zapach słomy końskiego potu
krowiego łajna i świeżo wydojonego mleka szwedzką dojarką

Widzę Twoją sylwetkę pochyloną nad krzakiem truskawek latem
i stertą łętów spod których wyziera stado łysych ziemniaków jesienią

Słyszę wyraźnie jak rozmawiasz z kurami każdego poranka
i głaszcząc krowę po pustych bokach mówisz: Mećka – Mećka

Jakże niedorzeczne są teraz wieczory obok lipy której już nie ma

 

 

Nocą

Gdy nawet zmrok zamyka już oczy
wędruję śladem pamięci na wietrze

Dwa trznadle z żółtymi brzuszkami
wpadły w niebo odbite w szybie
teraz oddychają ciężko
powieki jak ptak opadły na trawę

Sunie sprężysta ogoniasta kuna
wymiata przerażone szpaki
skrzydłami jak wiatraki trzepoczą
skorupki spadają za dziuplę pod topolą

Świeże powietrze zimy
myszy wygania z pól w kuchenne rewiry
koty smutne jak swoje cienie
byle do wiosny – szepczą – do wiosny

Wśród grud rozoranej ziemi
ileż jabłek bezpowrotnie upadłych
wiśnie zgubiły swą barwę
sosna – igły tkające czas

Puszysta pójdźka
I dużo piór na strychu