6 Lis

Z przepaści niebytu

Okładka książki „Na krawędzi epok” autorka: Elżbieta Lubomirska-Stadnicka

Pamiętam, gdy będąc małym chłopcem, z niepokojem i zdziwieniem patrzyłem na duży, zburzony dom, który dorośli nazywali pałacem. Ciekawy, zaglądałem do jego wnętrza. Tam było najsmutniej. Gruz na podłodze. Powyrywane deski. Wykoślawione ramy okienne. Wybite szyby. Rozdarte sufity. Wiatr unosił kurz. Nikt z dorosłych nie wyjaśnił mi, co się wydarzyło. Dlaczego ten dom jest taki pusty. Pokaleczony Taki straszny. Umarł?

Dzisiaj, czytając wspomnienia ukazujące życie rodziny Lubomirskich i Stadnickich w pałacach w Kruszynie i Nawojowej w pierwszej połowie dwudziestego wieku, uzyskuję pełniejszy obraz dramatu mojej ojczyzny. Coś się skończyło. A co się zaczęło?
Młodziutka księżniczka Elżbieta z Lubomirskich-Stadnicka, uśmiecha się z fotografii umieszczonej na okładce fascynującej autobiograficznej książki Na krawędzi epok 1922-2017. W 2016 roku pisała do swoich dzieci, wnuków i prawnuków: „Ta cała praca, żeby opisać życie, to mój ostatni prezent dla Was. Nie jest to historia ani powieść czy poezja – tylko ukazanie jednej z ludzkich ścieżek wiodącej poprzez bardzo trudny okres, kiedy »waliły się epoki«. Moim największym pragnieniem jest podzielić się z Wami tym, co mi dało szczęście i radość z życia. To jest moje spotkanie z Bogiem; Jego dotknięcia, Jego pomoc i ratunek, Jego przebaczenie (…)”.


Ostatnia wojna i jej skutki zmiotły w przepaść niebytu arystokrację polską, jej pałace, dwory i
całą kulturę, której fundamentem była tradycyjna religijność, honor, wykształcenie, odpowiedzialność, pracowitość. Buta i nienawiść Niemców oraz mściwe barbarzyństwo wojsk sowieckich uczyniły z naszej ziemi cmentarz. Dwory szlacheckie, pałace wielkich rodów, zawsze stanowiły w Polsce centrum życia najbliższej okolicy, ludziom niższych stanów dostarczały wzorców kulturowych, ale i często środków do życia. „Wielkie rodziny wspomagały uboższe rodziny od wieków” – przypomina rodzinne zawołanie autorka Na krawędzi epok. Dziesiątki osób pracowało w pałacu i wiele osób z okolicznych wsi znajdowało zatrudnienie w majątku Lubomirskich w Kruszynie. Dzieciom wiejskim organizowano tu szkołę i ochronki. W pałacu znajdowano opiekę lekarską, wsparcie w sytuacjach zagrożenia, pomoc w kształceniu dzieci utalentowanych (np. muzycznie).

„Pewnego dnia kłóciłam się z moją nianią Lalą i jako ostatniego argumentu użyłam tupnięcia nogą popartego słowami: »Czy ty wiesz, do kogo mówisz? Mówisz do księżniczki Elżbiety Lubomirskiej«. Wtem ktoś wziął mnie za ubranie i podniósł do góry, a następnie dał mocnego klapsa w pupę i powiedział: »Co ty sobie myślisz, dlatego że masz tytuł, to nie musisz być
grzeczna? Ty dopiero na ten tytuł musisz zapracować, być kimś, a nie taką nieposłuszną dziewczynką«”. Wiele lat później, mieszkając we Francji, autorka wspomnień przypomniała słowa swego dziadka, Józefa Broel-Plater. Był on człowiekiem dobrym, z dużym temperamentem i dowcipem Nadzorował całą administrację Kruszyny. Prowadził też hutę i fabrykę, pomogła mu w tym górniczo-metalurgiczna praktyka, jaką odbył w Niemczech. Kiedy czytałem kolejne wspomnienie o Józefie Broel-Platerze, uśmiechałem się do tak dziecięco sformułowanej różnicy między kobietą i mężczyzną. Otóż modlitwy w pałacowej kaplicy, które zapamiętała autorka jako dziecko, miały swoje indywidualne brzmienia. „Babcia zaczynała pacierz, z tym, że w Ojcze nasz kładła nacisk na … bądź wola Twoja… , a dziadzio grzmiał: … i odpuść nam nasze winy, jako i my odpuszczamy (…)”.

Ostatnia wojna stała się sprawdzianem siły duchowej płynącej z zasad wpojonych w katolickiej rodzinie. Dla bohaterów wspomnień ten czas zbrodni, grabieży, gehenny, nie był czasem rozpaczy. Dwory i dobrze zarządzane gospodarstwa magnackie, miały nieocenioną wartość dla okupantów niemieckich. Były miejscem produkcji żywności potrzebnej dla armii, dlatego przysługiwała im swoista ochrona. Jednocześnie ich właściciele, w poczuciu odpowiedzialności za Polskę, czynili swoje siedziby i majątki zapleczem żywnościowym, medycznym, radiolokacyjnym i finansowym Armii Krajowej i – rzadziej – Batalionów
Chłopskich, tuż pod bokiem Wermachtu, który często w dworach stacjonował. Wymagało to brawurowej odwagi, stałej czujności i niemałego sprytu. Ziemianie polscy zawiązali swego rodzaju bank (Rada Główna Opiekuńcza), wspierający partyzantów i najbiedniejszych mieszkańców miasteczek i miast. Dwory (i zakamarki w budynkach gospodarczych), stawały się miejscem przechowywania rannych, chorych oficerów i żołnierzy. Bywało, że organizowano tu magazyny broni dla partyzantów.

Przyszły mąż Elżbiety Lubomirskiej, Józef Edward Adam hr. Stadnicki (1919-1960) z Nawojowej na ziemi Nowosądeckiej, był od 1941 roku komendantem placówki ZWZ-AK. Odważny do szaleństwa, ponad wszelką miarę ofiarny, życie podporządkował walce o wolność. Pośród dramatu wojennych nieszczęść i zagrożeń wynikających z niemal codziennych akcji dywersyjnych, Elżbieta Lubomirska zakochała się w Józefie Stadnickim. „Józio” był pięknym mężczyzną, nie mógł jednak poruszać się na własnych nogach po przebyciu choroby Heinego-Medina. Elżbieta przekonała zarówno swoją matkę jak i jego rodziców, że ich małżeństwo ma sens, że jest oparte na dojrzałym uczuciu. Rodzaj „bojowego” narzeczeństwa w partyzantce związał dwoje młodych arystokratów na śmierć i życie. Po trzech latach partyzanckiej batalii, szczęśliwie omijając śmiertelne pułapki oraz wiedząc, że wojna się kończy, narzeczeni wzięli ślub w kaplicy, w majątku Sobańskich pod Gorlicami, w październiku 1944 roku. Zamieszkali w Krynicy, nieopodal Nowego Sącza. Urodziło im się pięcioro dzieci. Ofiarność, determinacja, odpowiedzialność za rodzinę – czyli prawdziwa miłość, pozwoliły im przetrwać upokorzenia i szykany, jakich nie szczędzono im w komunistycznej Polsce. Rodzinę wspierali paulini z Jasnej Góry. (W klasztorze jasnogórskim Elżbieta zdawała w czasie wojny egzamin maturalny w ramach tajnego nauczania).

Choroby dzieci wymusiły na ojcu rodziny poszukiwanie pomocy w Warszawie. Wracając na motorze do domu Józef Stadnicki uległ śmiertelnemu wypadkowi. Pogrzeb mojego męża był prawdziwą manifestacją sprzeciwu wobec narzuconego nam reżimu
i sposobu myślenia. Kiedy nasza rodzina szła do kościoła, zobaczyłam ze zdziwienie tłumy zalegające przykościelny dziedziniec (…)
Żyjący do dzisiaj ostatni świadek walki partyzantów AK z Nowosądecczyzny, mieszkaniec dworu w Nawojowej – ksiądz Krzysztof Małachowski, prowadził, płacząc, ogromny kondukt żałobny. Odprowadzano na miejsce wiecznego spoczynku polskiego b o h a t e r a walki o wolną ojczyznę. Ostatnia część tej autobiografii (We Francji), warta jest szczególnie uważnej lektury, gdyż jest zwieńczeniem życia niezwykłej kobiety, damy, matki, która ratując dzieci, podjęła niekonwencjonalną i trudną dla siebie decyzję. Pod wpływem sugestii bliskich osób, po wielu wahaniach wyraziła zgodę na małżeństwo z Francuzem, przedsiębiorcą, poznanym podczas Międzynarodowych Targów Poznańskich. On natarczywie proponował jej małżeństwo. Postawiła jeden warunek: ślub ma być kościelny. Dla ratowania zdrowia dzieci i wielce prawdopodobnych szykan i prześladowań, które mogły spotkać jej dzieci w PRL-u złamała regułę obowiązującą wdowy w rodzinach arystokratycznych: wdowy nie wychodzą ponownie za mąż. Otrzymała od władz „nowej” Polski zgodę na wyjazd do Francji. Równie trudne i wieloletnie były jej starania o obywatelstwo francuskie. Mąż, który okazał się być alkoholikiem, człowiekiem o zrujnowanej psychice, nie pomagał jej w tych zabiegach. Elżbieta nie opuściła go w ciężkiej chorobie, gdy dramatycznie nasiliły się zmiany neurologiczne. Opiekowała się nim przez kilkanaście lat, do jego śmierci. We Francji, by utrzymać siebie i dzieci, była zmuszona podejmować się przeróżnych prac. W ostatnich latach życia stała się opiekunką bezdomnych. Nigdy nie zostawiała bez pomocy spotkanego człowieka, który potrzebował czegoś, czy była to rozmowa, ciepła zupa, pomoc medyczna, nocleg. Gdy o tym, czytałem, pojawiało się pytanie – czy to jest szaleństwo, czy może właśnie tak objawia się świętość? Życie dla innych, słabszych, z absolutnym zapomnieniem o sobie.

Fascynujące są te fragmenty wspomnień, w których Elżbieta wspomina swoje zaangażowanie na rzecz Polski czasu Solidarności. Z poczuciem humoru opowiada o transportach żywności, o przewożeniu mikrofilmów, o transporcie radiostacji lub półciężarówki potrzebnej ludziom Solidarności. Wszystkie moje dzieci i ja włączyliśmy się do akcji pomocy dla Polski. Także robotnicy francuscy i ludzie ze wszystkich środowisk, również katolickich i szlacheckich, pomagali w zbieraniu darów, w ich właściwym przygotowaniu, by mogły trafić do Polski. Była to niesamowita praca.

Autorka wspominając organizację pomocy Polakom pod reżimem komunistycznym pisze o bólu, który przeżywała, spotykając Francuzów, zupełnie nie rozumiejących roli Niemców i Rosjan wobec Polski. Przeciętny Francuz nie pojmował okrucieństwa Niemców wobec Polaków w czasie wojny, a wejście Rosjan do Polski nie było we Francji uważane za wielkie nieszczęście. Przełomem w myśleniu Francuzów nt. Rosji i komunizmu był wybuch stanu wojennego w Polsce. W roku 1968 wejście Sowietów do Pragi interpretowali jako przyniesienie wolności. Nie rozumieli też problemu Budapesztu z 1956 roku. Wspomina autorka rozmowę z generałem Ernestem Petit. Na pytanie, co myśli o Budapeszcie, generał-senator odpowiedział:
– Jakie to nieszczęście, że ci biedni Rosjanie przyjechali na wakacje do
Budapesztu i zostali zabici.
– To mnie zszokowało i zaraz odpowiedziałam
– Jak to, na
tankach przyjechali na wakacje?
– W innym miejscu i czasie ten sam generał zapytał:
Dlaczego wypierasz się swego kraju?
– Nie wypieram się kraju – odpowiedziałam z wielkim
gniewem i oburzeniem
– tylko partii nim rządzącej, która jest mu przeciwna.
Dopiero stan wojenny spowodował, że zmieniła się ich świadomość.

Autorka ze smutkiem spostrzega, że rewolucja soborowa dokonała we Francji (wiemy, że nie tylko we Francji) ogromnych zniszczeń Kościoła. Z niesmakiem i goryczą wspomina sytuację, gdy ksiądz-Francuz zaproponował odprawienie Eucharystii przy stole codziennego posiłku. Sobór Watykański II zniósł sakrament ostatniego namaszczenia; mamy tylko sakrament namaszczenia chorych, a to dalece nie to samo!!! Wiedziała autorka wspomnień, że zatwardziały niedowiarek, gdy okaże się mu miłość, może nawrócić się na łożu śmierci. Dlatego odwiedzała chorych i umierających w szpitalach, nawet, gdy już przekroczyła dziewięćdziesiątkę i była częściowo sparaliżowana.

We Francji dorastały i zdobyły wykształcenie dzieci i wnuki Józefa i Elżbiety Stadnickich. Na wieczorze promocyjnym Na krawędzi epok wnuczka autorki, p. Taida Meredith, czytała jej fragmenty. Piękna kobieta, podobna do Babci, wyrazistą, bezbłędną dykcją oraz najczystszą melodią języka polskiego prezentowała wspomnienia swej „baby”. Piszę zachwycony tym
faktem, który prawdopodobnie mógł zaistnieć tylko dlatego, że rodzina uczyniła z języka polskiego fundament swej tożsamości.

Książkę kończy modlitwa 95 letniej autorki:

„Trójco Święta, mogę odetchnąć pięknem Twojego Stworzenia:
Od fiołków schowanych w trawie na wiosnę aż do wierzchołków wielkich gór pokrytych śniegiem.
To Ty mi pozwalasz podziwiać dary Twojej miłości w osobach świętych i w moim przyjacielu bezdomnym,
I w moim przyjacielu narkomanie, i w moim przyjacielu alkoholiku, i w moim przyjacielu w więzieniu.
Gdziekolwiek zwrócę oczy, widzę, jak Ty przez to wszystko przeświecasz.
Pewnego dnia, kiedy opłakiwałam swoje grzechy, Ty pozwoliłeś mi zobaczyć
To potężne drzewo wiary, które wyrosło we mnie z korzeniami.
Wyrosło całkiem samo – pomimo mnie i mojej małości.
To jest powodem mojej radości stałej.
Bo kto może mi zabrać to wielkie drzewo,
Do którego gałęzi tulę się bez lęku
Razem z innymi małymi ptaszkami?
Wszyscy są zaproszeni przez Ciebie.
Amen, Alleluja, Hosanna, Deo Gratias, Amen”…

„Film”, który przetoczył się przed moimi oczyma podczas lektury książki, wzruszał mnie. Ale nie było to rozczulanie się nad losem Lubomirskich i Stadnickich. To był podziw i szacunek wobec osoby żyjącej głębią zasad religijnych otrzymanych w dzieciństwie: stać się takim człowiekiem, jakim chce nas widzieć sam Bóg. Porządek myślenia i działania może w tej relacji z losów własnego życia i życia bliskich zadziwiać. Jak to się stało, że utraciwszy „wszystko”, Elżbieta Stadnicka zachowała radość życia i wdzięczność Bogu za życie. Wytrwale, cierpliwie rozpoznawała, co naprawdę stanowi o godności człowieka, co jest
najważniejsze.

Wspomina z estymą swoje relacje z kardynałem Adamem Stefanem Sapiehą (1867-1951), przez historyków uważanego za jedną z czołowych postaci w dziejach Kościoła polskiego pierwszej połowy XX wieku. Kardynała nazywa się także Księciem Niezłomnym, ze względu na postawę zarówno wobec Niemców jak i komunistów. Podziwia autorka kardynała Stefana Wyszyńskiego (1901-1981), wielkiego kaznodzieję i przywódcę narodu polskiego. Pamięć o mężu Marii Stadnickiej, o profesorze Stefanie Swieżawskim (1907-2004), pełna jest uszanowania za wielkość i skromność. Odnotujmy, że Profesor jest autorem wielkiego, czterotomowego opracowania, Dziejów filozofii europejskiej XV wieku, Warszawa 1974.

(…) Ze Stefanem połączyła mnie głęboka przyjaźń, która dotrwała do końca jego życia.
Przyjacielem profesora Świeżawskiego był biskup Karol Wojtyła (1920-2005), od 1978 roku
Jan Paweł II. Kiedy najstarsza córka Stefana Swieżawskiego wychodziła za mąż za Józia
Deskura, pojechaliśmy z mężem na ich ślub. Mszę św. ślubną odprawiał wtedy biskup Karol
Wojtyła. Wieczorem zebraliśmy się w ich mieszkaniu w Krakowie, gdzie biskup do nas
dołączył. Tego wieczoru grali ze Stefanem na cztery ręce, a myśmy wszyscy wesoło
śpiewali(…)

Papież po kilkudziesięciu latach dopytywał się, co robi Elżbieta i gdzie mieszka. Karol Wojtyła jest autorem poniższych słów:

Żaden człowiek nie ma ścieżek gotowych.
Rodzimy się jak gąszcz,
który może zapłonąć podobnie jak krzak Mojżesza
lub może uschnąć.
Ścieżki trzeba przecierać wciąż, bo mogą zarosnąć na nowo,
przecierać je trzeba tak długo, aż staną się proste
prostotą i dojrzałością wszystkich chwil:
oto każda chwila się otwiera całym czasem,
staje jakby cała ponad sobą,
znajdujesz w niej ziarno wieczności.
(Fragment rozważań poetyckich pt. Odkupienie szuka twego kształtu, by wejść w niepokój
wszystkich ludzi).

(Chcę, aby nie było nadużyciem zwierzenie, że jestem dumny, iż uczestniczyłem w seminarium prowadzonym przez profesora Stefana Swieżawskiego, w Zakładzie Historii Filozofii, podczas studiów w Katolickim Uniwersytecie Lubelskim. Odpracowywałem tam stypendium otrzymane od kardynała Karola Wojtyły. Widok obu profesorów idących dziedzińcem do Zakładu i rozmawiających w pełnym skupieniu – to piękne wspomnienie.)

Bohaterka autobiograficznej gawędy, dla której wybrano tytuł Na krawędzi epok, stanęła na ostrym brzegu czasów, na krawędzi, za którą wydawało się, już tylko przepaść. Przekroczyła tę ostrą grań w sposób, który najgłębiej mnie porusza i za którym tęsknię. Jest nim poczucie godności księżniczki Elżbiety. Poczucie godności, które nie wypływa z faktu posiadania niegdyś magnackiego pałacu i tytułu, majątku i zasobów, które świadczyły o wielkich zasługach jej przodków, o ofiarności na rzecz Polski. Tu chodzi o coś innego. Psychologia współczesna proponuje możliwość analizy osobistego życia między innymi w tzw.
perspektywie przeszłościowej albo przyszłościowej. Podsumowywanie życia w perspektywie przeszłościowej mogłoby zrodzić w osobie o podobnej biografii tęsknotę za minionym czasem, żal, poczucie krzywdy i niesprawiedliwości, odrzucenia i samotności. Takich uczuć nie ma jednak w tych wspomnieniach. Jakie więc dowody można przedstawić, że przeżywała swoje życie w perspektywie przyszłościowej? Takim dowodem jest pokora – przyjmowanie rzeczywistości taką, jaką jest, oraz służba i wspieranie tych, których „świat” odrzuca – starych, chorych, zapijaczonych, brudnych. Mało tego. Czyniła to z uśmiechem prawdziwej radości i szczęścia!

Księżniczka Elżbieta żyła w perspektywie życia wiecznego. W perspektywie i w pragnieniu ZBAWIENIA. Taka była jej wiara – źródło godności człowieka: TRÓJJEDYNY BÓG. Wierzę, że to przetarcie szlaku jej biografii, pośród ogromu faktów i przeżyć księżnej Elżbiety Lubomirskiej-Stadnickiej, stanie się zachętą do uważnego przeczytania książki. Wydawca wydobył z przepaści zapomnienia historię bohaterskiego, patriotycznego i niekiedy świętego życia osób z rodów Lubomirskich i Stadnickich. Idź wyprostowany. Szlachectwo duchowe zobowiązuje. Wynik prac całego zespołu redakcyjnego fascynuje czystością: precyzyjnym zamysłem wydawniczym – począwszy od rzetelnie odtworzonych i zapisanych przez Agnieszkę Przychodnią opowiadań Elżbiety Stadnickiej, po graficzne opracowanie edycji.

Walorem nie do przecenienia jest umieszczenie w tym tomie fotografii rodzinnych. Jest indeks nazwisk, syntetyczne curiculum vitae, są starannie wykonane fotokopie ważnych dokumentów i genealogie obu rodów. Dostrzegam w tej starannej edytorskiej oprawie szlachetną wierność osobom, których ideały i zasady oraz dorobek kulturalny i moralny celowo eliminowano ze świadomości historycznej „powojennych” Polaków.

P.S.
Jako dziesięcioletni ministrant asystowałem kapłanowi w drodze do umierającej osoby. Ksiądz odziany był w komżę nałożoną na sutannę. Na kolana opadała mu fioletowa stuła. Głowę okrywał biret. Na piersiach, w bursie przewieszonej przez szyję, spoczywała Hostia otulona korporałem Z lampą w dłoniach, siedziałem obok woźnicy. Bryczka sunęła przez wieś. Byłem skupiony i dumny. Wiedziałem jednak, że osoby, które klękają na widok przejeżdżającej bryczki, czynią to nie dlatego, że ministrant z lampą przejeżdża, nawet nie dlatego, że na tylnym siedzeniu widzą księdza proboszcza, ale dlatego, że mają pewność, iż na piersiach Kapłana, w bursie jedzie do umierającego ZBAWICIEL.

Widzę Elżbietę z Lubomirskich-Stadnicką, która idzie ulicą z Najświętszym Sakramentem – z wiatykiem do umierających. Oto perspektywa przyszłościowa pełna miłości, nadziei, radości.
_____
Elżbieta Lubomirska-Stadnicka, Na krawędzi epok, Rosikon Press, Warszawa 2019, ss.352.

Dodaj komentarz

avatar
  Subscribe  
Powiadom o